Jak zapewnić bezpieczeństwo bazie mailingowej?

Bezpieczna baza mailingowa jest ważna przede wszystkiej ze względu na ochronę prywatności naszych kontrahentów, a także ujawnienie tajemnicy biznesowej. Pamiętać musimy, że każdy nasz kontrahent zaufał nam w nadziei, że jego dane osobowe będą w odpowiedni sposób chronione. Zamiast martwić się o sankcje prawne (za niewłaściwy sposób przetwarzania danych osobowych grodzi kara pozbawienia wolności do 3 lat więzienia) warto wziąć pod uwagę utracone zaufanie klientów.

Na początek zajmiemy się wyjaśnieniem pojęcia „dane osobowe”. To nie tylko imię i nazwisko, ale też na przykład adres mailowy, który zawiera nasze nazwisko. Chronić je należy w stosowny sposób, tzn. zabezpieczyć przed niektórymi pracownikami naszej firmy przez założenie hasła umożliwiającego dostęp do bazy. Ważne są też awarie komputerów, bo przez nie może dojść do utraty posiadanych danych. By uniknąć przykrych konsekwencji warto pomyśleć o trzymaniu danych na serwerze. Powinien on znajdować się w serwerowni. Dodatkowo ważne jest, odpowiednie zabezpieczenie go, na przykład hasłem czy certyfikatem uwierzytelniającym. Przydatną opcją mogą okazać się też zaszyfrowane kopie baz danych. Jednak zanim podejmiemy decyzję o posiadaniu serwera i przetrzymywaniu na nim danych musimy dokonać wyboru odpowiedniej firmy hostingowej. Warto dowiedzieć się czy zapewnia ona odpowiednią ochronę czy doradztwo dotyczące ochrony danych osobowych.

Podsumowując dodajmy jeszcze jedną ważną informację. Zanim rozpoczniemy przechowywanie danych osobowych pamiętać musimy o uzyskaniu pisemnej zgody osoby, której dane dotyczą. Powinna ona zawierać przede wszystkim informację dotyczącą celów naszej firmy, a także informować o prawach przysługujących tej osobie. Jeśli zaś dane uzyskujemy na przykład z for internetowych czy serwisów WWW mamy obowiązek poinformowania danej osoby o przetwarzaniu jej danych wraz z podaniem źródła ich pozyskania.

 

 

Źródło: http://di.com.pl/news/37534,0,Bezpieczne_bazy_mailingowe.html

Podstawowe zasady płatności w sieci

Coraz częściej decydujemy się na zakupy dokonywane przez Internet. Bierzemy udział w grupowych zakupach, za które płacimy przelewem czy zamawiamy produkty spożywcze ze sklepów umożliwiających dowóz do domu po uiszczeniu wcześniejszej zapłaty, jednak czy znamy system płatności online. Na czym polega i jakich zasad powinniśmy się trzymać?

Podstawową zasadą jest używanie bezpiecznego połączenia, czyli specjalnego protokołu SSL Chodzi tu o zabezpieczenie naszych płatności podczas transmisji danych. By upewnić się, że protokół ten jest aktywny należy sprawdzić czy na dolnej belce przeglądarki pojawiła się kłódka. Gdy na nią klikniemy otrzymamy informację dotyczącą stosowanego certyfikatu bezpieczeństwa. Jeśli jednak certyfikat wygasł albo nie możemy dokonać jego weryfikacji lepiej będzie dla nas, kiedy zrezygnujemy. Innym sposobem jest też sprawdzenie adresu internetowego, ponieważ w przypadku połączenia szyfrowanego początek wygląda tak: „https://”, zamiast zwykłego http.

Ważne jest też by takich zakupów dokonywać z naszego prywatnego komputera z zainstalowanym antywirusem i korzystać przy tym z domowego łącza. Ma to bardzo duże znaczenie, ponieważ dokonywanie przelewów np. w kawiarence internetowej czy przy pomocy łącza publicznego może się okazać kosztownym błędem. W sieci jest bowiem mnóstwo cyberprzestępców, którzy na co dzień kradną hasła i nasze dane by później „wyczyścić” nasze konta.

Oczywiście lepiej jest zakupów dokonywać w dużych, znanych e-sklepach. Możemy wówczas sprawdzić czy jest wiarygodny. Do tego celu służy agregator płatności internetowych. Znaczy to tyle, że sami będziemy decydować w jaki sposób chcemy dokonać płatności, np. przelewem bankowym, przekazem pocztowym czy kartą płatniczą. To do nas będzie należał wybór, a nie do sprzedawcy.

Ostatnią dobrą radą jest sprawdzenie statusu Agenta Rozliczeniowego i wymogów bezpieczeństwa PCI DSS. Agent Rozliczeniowy to status nadawany operatorom płatności internetowych przez Prezesa NBP, przez którego jest on kontrolowany. Dokładnych informacji o tym który operator podany status posiada dowiedzieć się możemy na stronie NBP.pl. Jeśli zaś chodzi o PCI DSS to określone standardy wymagane przez światowe organizacje płatnicze, jak MasterCard czy Visa. Mają one na celu ochronę danych osobowych, a także informacji dotyczących transakcji. PCI DSS to swego rodzaju potwierdzenie, że transakcje, które wykonujemy w Internecie czy przez telefon są bezpieczne.

 

Źródło: http://di.com.pl/porady/40150,0,5_zasad_platnosci_w_internecie.html

Jakie zalety ma pozycjonowanie?

Pozycjonowanie to jeden ze sposobów reklamowania naszej strony. To obecnie najskuteczniejsza i jednocześnie chyba najtańsza forma marketingowa. Tylko czy aby na pewno wiemy, jakie elementy są najbardziej istotne przy podpisywaniu umowy z pozycjonerem? Na to pytanie odpowiemy w tym artykule.

Bardzo ważnym kryterium w podjęciu decyzji o pozycjonowaniu jest przemyślenie faktu dotyczącego konieczności prowadzenia i reklamowania strony internetowej w sieci. Jeżeli jesteśmy właścicielami niewielkiego sklepu warzywnego, który znajduje się na osiedlu raczej nie będzie to nam potrzebne, ponieważ strona WWW nie sprawie, że klientów będzie więcej. Inną ważną kwestią jest fakt, że jeśli już stronę będziemy prowadzić to należy spodziewać się pytań od potencjalnych klientów, na które musimy mieć czas by odpowiedzieć w przeciągu 48 godzin, a nie 2 miesięcy. Efekty pozycjonowanie są powolne. To fakt i nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Jak wszystko ma to swoje wady i zalety. Wadą pozycjonowania jest na pewno to, że jeśli podejdziemy do sprawy zbyt „agresywnie” możemy spotkać się z wyrzuceniem strony z wyszukiwarki Google. Ogromną zaletą jest z pewnością to, że dzięki stronie internetowej mamy możliwość dojść do naprawdę dużego grona odbiorców, a co za tym idzie, także klientów. Na wybór naszej usługi czy produktu wpłynie nie tylko reklama i z tego musimy zdawać sobie sprawę. Gdy oferowane produkty są zbyt drogie lub strona nie jest przyjazna dla użytkowników występuje duże prawdopodobieństwo, że klient skorzysta z oferty kogoś innego i właśnie dlatego warto skupić się na analizie najczęściej odwiedzanych elementów naszej strony, sprawdzać czego dokładnie szukają i na jakie podstrony zazwyczaj wchodzą.

Ważną kwestią jest też wybór słów kluczowych. To od nich bowiem zależy pozycjonowanie. Powinny być spójne i kojarzyć się z działalnością firmy. Ustalić je możemy z pozycjonerami, którzy z pewnością podpowiedzą, jakie frazy będą dla nas najbardziej korzystne. Przydatne jest też pozycjonowanie kilku haseł, a nie jedno. Zamiast wyszukiwać hasło „dworzec” wyszukujemy „dworzec fabryczny łódź” i wtedy na pierwszej pozycji pojawi nam się strona Dworca Fabrycznego w Łodzi. Tak samo działa wyszukiwanie fraz pochodzących z innych dziedzin. Na efekty pozycjonowania krótkich haseł, jak „meble”, „kolczyki”, „opony” będziemy musieli czekać dłużej niż na te bardziej złożone. Wynika to przede wszystkim z faktu, że osoby, które używają dłuższych fraz są bardziej zorientowane na skorzystanie z usługi czy dokonanie zakupu.

Jeśli chodzi natomiast o cenę pozycjonowania to warto się dwa razy zastanowić. Osoba składająca nam ofertę powinna rozwiać wszelkie wątpliwości. Cena nie może być najważniejszym kryterium wyboru firmy zajmującej się pozycjonowaniem. Powinniśmy najpierw porównać oferty kilku konkurencyjnych firm i dowiedzieć się, jakie mają one osiągnięcia, a także wybrać taką formę umowy, która sprawi, że nasza strona osiągnie wyższe miejsce w wyszukiwarce.

 

Źródło: http://di.com.pl/porady/40834,0,Pozycjonowanie_-_jakie_zalety_jak_podpisywac_umowy.html

Osiem cech charakteryzujących Web 2.0

Podstawową, a jednocześnie pierwszą opisywaną przez nas cechą dla serwisów Web 2.0 jest fakt, że ułatwia ona użytkownikom nawiązywanie kontaktów (ang. Connectedness). Drugą jest partycypacja (ang. Sharing), czyli inaczej dzielenie i wymienianie się informacjami oraz aktywne uczestnictwo. W praktyce oznacza to, że każdy z nas może pobierać informacje kiedy i jak chce, a także może je oceniać i komentować. Niskie koszty (ang. Low cost) to trzecia cecha. Średnia kwota, którą przeznaczali VC na stworzenie nowego serwisu internetowego wynosiła jeszcze kilka lat temu około 20 milionów USD, a obecnie to zaledwie 2 miliony. „To, czego chcę”, czyli angielskie What I want to serwisy Web 2.0, które umożliwiają osobom korzystającym z Internetu przy pomocy technologii API lub RSS decydować kiedy, w jakiej konfiguracji, a także w jaki sposób chcą konsumować treści sieci. Na piątym miejscu jest „śmiertelność” (ang. Heath). Oznacza to zniknięcie danego serwisu z rynku. Oczywiście był czas na to, żeby przedsiębiorcy przyzwyczaili się do tego, że może się to zdarzyć, jednak mamy nadzieję, że wyciągnęli wnioski z popełnionych błędów. Jasne dla wszystkich chyba jest to, że na rynku przetrwają tylko „najsilniejsi”. Mam na myśli takie produkty, które są znane i cieszą się uznaniem na rynku. Równie ważna jest współpraca z odpowiednim funduszem VC. Ma on na celu zapewnienie pomocy finansowej, a także wsparcie polegające na doradztwie czy strategii. Szóstą cechą jest szybkość (ang. Speed). Chodzi tu o relatywnie szybkie powstanie serwisu Web 2.0, przede wszystkim ze względu na fakt realizacji naszego pomysłu przez konkurencję. Creativity, czyli kreatywność. To bardzo ważna cecha Web 2.0, która polega na tworzeniu drugiego, wirtualnego świata. Użytkownicy takich serwisów mogą tworzyć postaci, ubrania, urządzenia i wiele innych przedmiotów ze świata realnego do wirtualnego. I ostatnia cecha, którą jest łamanie zasad (ang. Shattering the existing). Znaczy to tyle, co dawanie użytkownikom nowych wartości i łamanie wszelkich schematów, które były popularne na rynku. W praktyce może to być na przykład udzielenie pożyczek bez udziału pośredników takich jak instytucje finansowe.

 

Źródło: http://www.internetstandard.pl/news/107199/Osiem.cech.Web.20.html

Walka z anonimowością ograniczona.

Niedawno słyszeliśmy o tym, że Google chce rozpocząć walkę z anonimowością w Internecie, a to wszystko po to, by użytkownicy mogli czuć się bezpieczniej niż obecnie. Jednak na konferencji 2.0 Summit pomysł ten został nieco zreformowany. Google+ ma zamiar wspierać „inne formy tożsamości” (między innymi pseudonimy). A wszystko zaczęło się od zmasowanej akcji usuwania kont profilom, które nie miały przypisanych danych osobowych lub których dane wyglądały nieprawdziwie. Oczywiście zdarzały się „wpadki”, kiedy Google usunęło konto użytkownikowi, który podał swoje prawdziwe dane. I zaczęła się walka…

Różnica między Facebookiem a Google+ jest taka, że pierwszy z wymienionych przeze mnie portali społecznościowych „zachęca” do podawania prawdziwego imienia i nazwiska w celu odnalezienia danej osoby przez jej znajomych w Internecie. Oczywiście nie wszystkim się to podoba, ale Facebook nie wtrąca się w kwestii sposobu zapisania danych, przykładowo możemy zrobić to przy pomocy chińskich znaczków czy używając takich symboli jak „@”, „$” czy „!”. Inaczej natomiast postępuje Google, ale czy lepiej? W polityce tego serwisu możemy spotkać się z zakazem zapisywania w ten sposób swoich danych, a nawet stosowania tytułów (np. dr, mgr, inż.) i inicjałów. W ostatnim czasie polityka Google’a uległa zmianie. Na konferencji Web 2.0 Summit dowiedzieliśmy się od jednego z przedstawicieli (Vic Gundotra), że w przypadku osób, które niechętnie posługują się prawdziwym imieniem i nazwiskiem, portal będzie wspierał pseudonimy. A wszystko dzięki przygotowaniu stosownych zabezpieczeń. Co wywołuje niechęć do korzystania z naszych danych osobowych? Zazwyczaj wiąże się to z niechęcią przed przypadkowymi kontaktami z przełożonymi czy np. „strażnikami moralności”. Inni wstydzą się śmiesznego nazwiska, czy staromodnego imienia.

Co jeszcze? Google+ ma także zamiar wprowadzić usługę dla firm, które korzystają z Google Apps. Na łamach portalu będziemy mogli wówczas zobaczyć strony różnorodnych marek. Kolejną różnicą między Facebookiem a Google+ jest sposób rozdzielenia profili zwykłych użytkowników od tych należących do klientów biznesowych, albowiem w Google+ sam wygląd okien będzie bardzo podobny, a i traktowane będą w taki sposób, jak inne konta użytkowników, nie zaś jak organizacje mające profil na Facebook’u.

Walka z anonimowością wywołała głośny spór, jednak obrońcy prywatności i swobody wygłaszania własnego zdania przyjęły zmiany zaproponowane przez Google’a. Czy przyniosą one korzyści? Pewnie tak, ponieważ nie będziemy się obawiać śledzenia przez służby specjalne i bezpiecznie będziemy mogli dzielić się naszymi opiniami.

 

Źródło: http://di.com.pl/news/41050,0,Google+_bedzie_wspierac_pseudonimy_i_strony_marek.html

 

Google rozpoczyna walkę z anonimowością

To co denerwuje niemalże wszystkich użytkowników Internetu to SPAM. Walkę z nim planuje podjąć jedna z największych światowych firm, którą jest Google. W jaki sposób chce to osiągnąć i jak argumentuje takie podejście do sprawy?

By było przyjemniej i bezpieczniej poruszać się w sieci powinniśmy mieć świadomość tego, kim są inni członkowie społeczności. Właśnie z tego powodu Google wraz z założycielem Facebooka chce by bezimienność zniknęła, a w Internecie pojawiły się „prawdziwi” ludzie.

Obecnie nikt nie jest w stanie zabronić nam bycia anonimowym. Nie każdy ma ochotę dzielić się swoimi danymi osobowymi i prywatnymi sprawami, dlatego cała idea walki z anonimowością wydaje się być niezbyt realnym pomysłem. Dlaczego? Podstawowym powodem jest fakt, że wiązałoby się to z pogwałceniem swobód obywatelskich. Bezimienność może być zakazana w takim stopniu, jaki jest obecnie stosowany w realnym świecie. Co więcej? Tak jak w krajach demokratycznych głosowania są anonimowe by zapobiec ewentualnym naciskom na obywateli, tak korzystając z zasobów Internetu też powinniśmy móc pozostać bezimienni.

Przeciwnikiem idei zwalczania anonimowości w sieci jest między innymi jeden ze znanych finansistów Fred Wilson. Nie zgadza się on z pomysłem „posprzątania Internetu”. Jego podejście wydaje się być naturalną obroną prawa do wolności słowa. Już szesnaście lat temu Sąd Najwyższy USA stwierdził, że anonimowa polemika jest godna szacunku.

Warto też przez chwilę pomyśleć nad tym, jakie byłyby skutki braku anonimowości w sieci. Przede wszystkim groziłoby nam ograniczenie wyżej wymienionej swobody obywatelskiej, a poza tym narażeni bylibyśmy na śledzenie przez służby bezpieczeństwa i niemalże natychmiastową identyfikację.

Na sam pomysł ograniczenia anonimowości mogła wpłynąć na przykład agresja, która często jest wywołana właśnie bezimiennością w Internecie. Zaczyna się niegroźnie od wymiany poglądów, jednak kończy się na braku zrozumienia innych osób mających odmienne zdanie i uczuciem bezkarności agresorów.

Czy walka z anonimowością to dobry pomysł? Na to pytanie każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie sam. Zależy to między innymi od tego czy bardziej zależy nam na wolności słowa czy na bezpieczeństwie.

 

Źródło:

 

http://forsal.pl/artykuly/544356,internet_bez_cenzury_ale_tez_bez_anonimowosci.html

 

Google+ lepsze od Facebooka?

Mimo rosnącej popularności Facebooka w ostatnich kilku miesiącach furorę zrobił inny portal społecznościowy, mianowicie Google+. Jego wejście na rynek było na tyle głośne, że zostało uznane za „lepsze” niż debiut MySpace czy Facebooka. Jak to możliwe?

W ciągu niecałego miesiąca nowe „dziecko” Google przyciągnęło aż 25 milionów użytkowników. W samych Stanach Zjednoczonych było ich ponad 6 milionów, a na przykład w Indiach 3,6 miliona.

Analitycy z prestiżowej firmy ComStore zaobserwowali, że już w pierwszym tygodniu portal zyskał 5 milionów użytkowników. Ważny jest też fakt, że coraz częściej logują się oni w serwisie i tak na przykład między 10. a 17. lipca wskaźnik liczby dni podczas których użytkownicy korzystali z Google+ wzrósł o 39%. Tydzień później wzrost ten uplasował się na poziomie 11%.

Czy Google+ faktycznie może okazać się groźnym rywalem Facebooka? Po tak spektakularnym rozpoczęciu działalności w Internecie twierdzimy, że może się okazać, iż liczba 750 milionów użytkowników Facebooka za kilka miesięcy nie będzie już tak kontrastowa. Facebook ma się czego bać!

 

 

Źródło:

http://forsal.pl/artykuly/535922,google_mial_lepszy_debiut_niz_facebook_i_myspace.html

 

Marketingowy wyścig gigantów.

Facebook stał się zwycięzcą pojedynku gigantów internetowych w Stanach Zjednoczonych. Nie dość, że firmy takie jak Yahoo czy Google pozostawił daleko w tyle, to zdobywa coraz większe udziały na rynku reklamowym. Specjaliści z firmy EMarketer przewidują, że Facebook w najbliższym czasie utrzyma pozycję lidera i wciąż nie da szans na wygraną konkurencji. Prognozują oni, że w 2011 roku przychód Facebook’a z samych reklam banerowych wyniesie ponad 2 miliardy dolarów. Jeśli chodzi o procentowy udział w tym sektorze wyniesie on aż 17,7 procent. W praktyce oznacza to, że w tyle pozostanie Yahoo, którego udziały na rynku będą spadać do około 13 procent, a także firma Google będzie odpowiadać za zaledwie 9,3%.

Kontynuując wątek związany z liczbami warto zauważyć, że przychody roczne z reklam banerowych co roku wzrastały o ponad 50%, jednak sprzedaż reklam na łamach portalu założonego przez Marca Zuckenberga ma w obecnym roku wzrosnąć aż o 81 procent!

Z czego to wynika? Analitycy EMarketer twierdzą, że ma to związek z rosnącą liczbą użytkowników Facebooka. Dlatego, że coraz więcej osób spędza czas korzystając z tego portalu społecznościowego, ceny reklam banerowych, które są umieszczane na jego łamach, są coraz wyższe i prawdą jest twierdzenie, że dopóki bańka nie pęknie, ceny będą stale wzrastać. Obecnie na Facebooku możemy znaleźć reklamy największych spółek tego świata, które są świadome potęgi portalu, są to między innymi Adidas i Coca-cola.

 

Źródło:

 

http://forsal.pl/artykuly/524944,facebook_wyprzedza_yahoo_i_google_w_marketingowym_wyscigu.html

Google, Facebook czy Microsoft?

Google zdobywa coraz więcej zwolenników, którzy doceniają zarówno wyszukiwarkę, jak i inne portale tej firmy. To informacja przekazana przez firmę comScore monitorującą ruch w sieci. Specjaliści zajmujący się analizą przekazali nam wiadomość, że liczba osób korzystających z przeglądarki Google, strony YouTube itp. wzrosła o 8,4% w porównaniu z majem 2010. Co to oznacza w praktyce? W ciągu miesiąca skorzystało z nich ponad miliard internautów! Zaskakujące? Chyba nie.

Miejsce drugie zajęła firma Microsoft, która posiada ponad dziewięćset milionów użytkowników (a przynajmniej tyle posiadała w maju). Odnotowany został więc piętnasto procentowy wzrost liczby osób, które chętnie korzystają z oferty internetowej tej firmy.

Na trzecim miejscu znajduje się Facebook, co chyba nie jest specjalną niespodzianką. Liczba zarejestrowanych i korzystających z tego portalu społecznościowego użytkowników wzrosła o 30%, co oznacza, że portal odwiedziło około 714 milionów osób. Warto zauważyć też, że obecnie liczba użytkownik znacznie przekracza ponad 750 milionów!

Specjaliści dostrzegają także znaczącą różnicę między osobami, które spędzają czas na Facebooku, a tymi, które wybierają Google’a. W maju Facebook-owicze spędzili łącznie 250 miliardów minut korzystając z portalu, a miłośnicy firmy Google zaledwie 200 miliardów.

 

Źródło: http://forsal.pl/artykuly/525722,google_bije_rekordy_miliard_uzytkownikow_w_ciagu_miesiaca.html

Czym NIE jest Web 2.0?

Web 2.0, czym tak naprawdę jest? Czy jest to kolejny chwyt marketingowy, czy też realna rewolucja, która miała i nadal ma miejsce na naszych oczach? Myśląc o Web 2.0 przychodzą mi do głowy trzy słowa: idea, technologia, społeczność. Troszkę enigmatyczne, ale jak zdefiniować „coś” niezwykle mętnego i obszernego. Ciężko określić co tak naprawdę kryje się za terminologią Web 2.0. Złośliwi twierdzą, że nawet twórcy tego określenia, nie do końca wiedzą czego dotyczy. Najłatwiej odpowiedzieć sobie czym Web 2.0 nie jest. Z pewnością nie jest to żadna nowa technologia internetowa, nie jest to również wzorzec ani standard na podstawie, którego funkcjonuje World Wide Web. Wyobraźmy sobie wór bez dna, do którego wrzucane są kartki zawierające pomysły i nowinki związane z rozwojem branży web designerskiej. Wór powiększa się nie tylko o nowe technologie, co jakiś czas trafiają do niego również starsze rozwiązania, których jeszcze kilka lat temu nikt by w nim nie zamieścił – uwidacznia się tu marketingowy aspekt Web 2.0. Nie trudno się domyślić, że tym worem bez dna jest właśnie Web 2.0.

Świat na masową skalę usłyszał o dobrodziejstwach Web 2.0 dzięki firmie O’Reilly Media, która w roku 2004 zorganizowała szereg konferencji poświęconych zmianom jakie zaszły w Sieci na przełomie lat. Ponieważ ciężko jest dokładnie opisać czym różni się Web 1.0 od jego następcy, posłużę przykładami. Dla mnie, kwintesencją idei Web 2.0 są serwisy YouTube, Facebook, Google +, czy też usługa Dropbox. Mimo, że większość technologii pochodzących z worka z napisem Web 2.0, swoją premierę miały jeszcze przed rokiem 2000, dopiero niedawno developerzy nauczyli się w pełni z nich korzystać. Przykładem niech będzie język JavaScript, który dzięki AJAX’owi przeżywa obecnie drugą młodość. HTML 5, CSS 3, PHP 5 to kolejne języki, które ewoluowały wraz ze wzrostem zapotrzebowania na społecznościowy aspekt Internetu. Jeszcze 10 lat temu w Sieci dominowały statyczne witryny tworzone przez jednostki, obecnie, kiedy szerzona jest ideologia globalnej wioski, to użytkownicy decydują o wyglądzie portali, wymieniają się informacjami, a także generują gigantyczny tłok informacyjny. Systemy zarządzania treścią, dynamicznie modyfikowalna treść, przeglądanie witryn internetowych za pomocą urządzeń mobilnych, wirtualne dyski, cloud computing to kierunki, które obecnie dominują w dyskusjach dotyczących Web 2.0. W web designie powoli odchodzi się od stosowania ikon, pastelowych barw, gradientów na rzecz prostoty i tak zwanego „pięknego kodu”. Jeśli ktoś chcę dowiedzieć się wiecej o Web 2.0 odsyłam do Wikipedii, która paradoksalnie jest doskonałym przykładem witryny posiadającej cechy tej idei. Znacznie bardziej istotne wydaje się skupienie na drodze, którą obecnie podąża Internet. W moim osobistym odczuciu, mam nadzieję że nie jestem odosobniona. Najistotniejszymi rozwiązaniami technologicznymi, które do niedawna wydawały się nierealne są gry przeglądarkowe, aplikacje cloudowe oraz integracja systemów operacyjnych z wybranymi serwisami internetowymi (np. Adroid, iOS doskonale „współpracują” z portalami społecznościowymi). Pisząc gry przeglądarkowe nie chodzi mi o proste aplikacje wykonane w technologii Adobe Flash, tylko o rozwiązania typu Quake Live, czy też WebGl. Jeśli chcemy nie musimy instalować na dysku naszego komputera programu, skoro możemy na nim pracować, dokonując operacji po stronie serwera, czyli działać w „chmurze”. W tym właśnie tkwi obecnie przełom godny wersji 2.0.